Pohl Frederic - Gateway Spotkanie Z Heechami - Powr�t na Ziemi�


    Gelle-Klara, moja ukochana. Moja utracona ukochana. By�a tam, patrz�c na mnie z piezowizora, a wcale nie wygl�da�a starzej ni� wtedy, gdy po raz ostatni j� widzia�em, ca�e lata i dziesi�tki lat temu - wygl�da�a te� nie lepiej, gdy� w obu przypadkach by�a tak bardzo przera�ona, jak tylko mo�e by� przera�ony cz�owiek. �e nie wspomn� o zmaltretowaniu - tym razem nie przeze mnie.
    Ale cho� tak wiele prze�y�a i by�o to wida� po mojej Klarze, mia�a jeszcze sporo rezerw. Odwr�ci�a si� od ekranu, kiedy sko�czy�a wyg�asza� sw� odezw� do ludzkiej rasy i skin�a na Kapitana.
    - Poffiedzia�a� to? - dopytywa� si� z niepokojem. - Przekasssa�a� fffiadomo�� dok�adnie jak ci kasssa�em?
    - Dok�adnie - odpar�a Klara i doda�a - tw�j angielski brzmi coraz lepiej. M�g�by� sam im to powiedzie�, gdyby� zechcia�.
    - Sssbyt waszszne, szeby ryssykowa� - odpar� Kapitan z irytacj� i odwr�ci� si�. Po�owa �ci�gien na jego ciele marszczy�a si� i wi�a, tylko u niego. Jego wierna za�oga by�a r�wnie zak�opotana, a na ekranach komunikacyjnych ��cz�cych jego statek z innym statkami wielkiej flotylli widzia� twarze innych Kapitan�w. Ale� to olbrzymia flota, zaduma� si� Kapitan badaj�c ekrany, kt�re ukazywa�y mu ca�y dumny szyk, ale czy to by�a jego flota? Nie musia� pyta�. Zna� odpowied�. Posi�ki, kt�re przyby�y z j�dra Galaktyki, liczy�y sobie ponad stu Heech�w, a przynajmniej tuzin z nich mia�o prawo by� jego prze�o�onymi - gdyby podj�li tak� decyzj�. Mogliby �atwo przej�� dowodzenie flot�. Ale tego nie zrobili. Pozwolili, �eby to by�a jego flota, gdy� odpowiedzialno�� ci��y�a w�a�nie na nim... i to jego w�asna dusza do��czy do zbiorowych umys��w, je�li mu si� nie uda.
    - Jakimi oni s� g�upcami - zamrucza�, a jego oficer komunikacyjny mrugn�� przytakuj�c.
    - Wydam rozkaz sformowania lepszego szyku - powiedzia�. - To mia�e� na my�li?
    - Oczywi�cie, Buciku. - Kapitan westchn�� i gapi� si� ponuro, jak oficer komunikacyjny wyszczekuje rozkazy do innych kapitan�w i kontroler�w. Armada powoli zmienia�a szyk; wielkie sferyczne transportowce, kt�re mog�y po�kn�� tysi�cmetrow� kul� czegokolwiek i przenie�� j� w dowolne miejsce, przesun�y si� za mniejsze transportowce i inne statki. - Ludzka kobieto Klaro - zawo�a�. - Czemu oni nie odpowiadaj�?
    Wzruszy�a ramionami w ge�cie buntu.
    - Pewnie nad tym dyskutuj� - odpar�a.
    - Dyskutuj�!
    - Pr�bowa�am ci wyt�umaczy� - rzek�a z niech�ci�. - Tam jest z tuzin pot�g �wiatowych, kt�re musz� to ze sob� uzgodni�, nie m�wi�c o jakiej� setce innych kraj�w.
    - Setka kraj�w. - Kapitan j�kn�� i spr�bowa� to sobie wyobrazi�. Nie da�o si�.
    C�. To by�o dawno, dawno temu, zw�aszcza je�li mierzy� czas w femtosekundach. Tak wiele si� od tego czasu sta�o! Tak wiele, �e cho� mnie poszerzono, trudno jest mi to wszystko obj��. A jeszcze trudniej zapami�ta� (czy to dzi�ki mojej w�asnej pami�ci, czy po�yczonej) ka�dy szczeg� wydarze� tego okresu, cho�, jak si� ju� przekonali�cie, je�li chc�, to du�o mog� sobie przypomnie�. Ale ten obraz widz� przez ca�y czas. By�a tam Klara, jej ciemne brwi marszczy�y si�, gdy patrzy�a jak Heechowie podskakuj� albo popadaj� w przygn�bienie; by� tam Wan, ale wpad� w stupor i le�a� zapomniany w k�cie kabiny. By�a tam za�oga Heech�w, wij�ca si� i posykuj�ca do siebie; i by� Kapitan, spogl�daj�cy z dum� i strachem na wskrzeszon� armad� bior�c� udzia� w misji, kt�r� dowodzi�. Zagra� o najwy�sz� stawk�. Nie wiedzia�, co mo�e si� dalej sta� - niczego nie oczekiwa� - ba� si� prawie wszystkiego, ale my�la�, �e nic go nie zaskoczy, cokolwiek by si� nie sta�o... a� sta�o si� co�, co nie�le go zaskoczy�o.
    - Kapitanie! - krzykn�a Kundlica, integratorka.
    - Tam s� inne statki!
    Kapitan rozpromieni� si�.
    - Och - przyklasn�� - w ko�cu odpowiedzieli! - Zdziwi�o go, �e ludzie robi� to tak osobi�cie, a nie przez radio, ale ju� od pocz�tku wydawali mu si� dziwni. - Czy statki nadaj� co� do nas, Buciku? - spyta�, a oficer komunikacyjny napi�� mi�nie policzk�w przecz�co. Kapitan westchn��: - Musimy wi�c by� cierpliwi - rzek�, uwa�nie patrz�c na ekran. Ludzkie statki rzecz jasna nie nadlatywa�y �adnym rozs�dnym szykiem. W rzeczywisto�ci wygl�da�o to raczej, jakby oderwano je w po�piechu od ich zwyk�ych obowi�zk�w i rzucono na spotkanie floty Heech�w, pospiesznie, niedbale - prawie chaotycznie. Jeden by� ju� w zasi�gu system�w komunikacyjnych statku; dwa inne by�y nieco dalej, a jeden tak si� zmaga� z pr�dko�ci�, �e polecia� w niew�a�ciwym kierunku.
    Nagle Kapitan sykn�� ze zdziwieniem.
    - Lutssska sssamico! - rozkaza�. - Chod� tu i kaszszsz im, szeby byli ostroszszszni! Sssobacz, tso sss� dzieje! - Z najbli�szego statku wystrzeli� ma�y obiekt, prymitywny przedmiot na paliwo chemiczne, zbyt malutki, by m�g� przewozi� cho� jedn� osob�. Lecia� przyspieszaj�c dok�adnie w samo serce floty Heech�w i Kapitan skin�� g�ow� do Bia�ego Szuma, kt�ry bezzw�ocznie nakaza� przej�cie w nad�wietln�, kt�re usun�o z niebezpiecznej strefy najbli�szy wielki transportowiec.
    - Nie mog� byt� tacy nieuwaszszni! - krzykn�� twardo.
    - Moszsze by� kolisssja!
    - To nie jest przypadek - powiedzia�a ponuro Klara.
    - Tsssso? Nie rosssumiem!
    - To s� pociski - odpar�a. - I maj� g�owice nuklearne. Macie swoj� odpowied�. Nie czekaj�, a� wy zaatakujecie. Strzelaj� pierwsi!
    Wyobra�acie sobie to wszystko? Widzicie Kapitana, kt�ry stoi tam tak zszokowany, �e jego �ci�gna zamar�y, z opad�� szcz�k� i gapi si� na Klar�? Zagryza swoj� tward� doln� warg� i patrzy na ekran. Oto jego flota, olbrzymia karawana transportowc�w wskrzeszonych po p� milionie lat ukrywania si�, aby Kapitan m�g� - sam wiele ryzykuj�c - zaproponowa� ludzkiej rasie darmowy transport, z zabraniem jednorazowo paru milion�w ludzi, do kryj�wki w j�drze galaktyki, gdzie ukryli si� sami Heechowie i gdzie ludzko�� mog�aby schroni� si� przed Asasynami.
    - Strzelaj�? - powt�rzy� t�po. - Szszeby nam sssrobi� krzrzyffd�? Albo ssssabi�?
    - Zgadza si�! - wybuch�a Klara. - A czego si� spodziewali�cie?! Chcieli�cie wojny, to macie wojn�!
    Kapitan zamkn�� oczy, ledwo s�ysz�c przera�one posykiwanie i pomrukiwanie dooko�a niego, gdy Bia�y Szum przet�umaczy� to.
    - Wojna - j�kn�� niedowierzaj�co i po raz pierwszy pomy�la� o do��czeniu do zbiorowych umys��w nie ze strachem, ale prawie z ut�sknieniem; jakie by nie by�o to nieprzyjemne, nie mo�e by� gorsze od tego!
    A tymczasem...
    Tymczasem wszystko posun�o si� troch� za daleko, ale, na szcz�cie dla wszystkich zainteresowanych - nie a� tak daleko. Pocisk odpalony z brazylijskiego statku zwiadowczego by� o wiele za wolny, by m�g� dosi�gn�� statek Heech�w po wykonaniu przez niego uniku. Do chwili, gdy statek zn�w znalaz� si� na dogodnej pozycji do strza�u - a na d�ugo przedtem, nim m�g� dotrze� tam jakikolwiek inny statek - Kapitan zdo�a� wyt�umaczy� Klarze, a Klara zn�w pojawi�a si� na ekranach system�w komunikacyjnych i wszystko wyja�ni�a. To nie jest inwazja. To nawet nie nalot. To misja ratunkowa i ostrze�enie przed tym, przed czym Heechowie uciekli i ukryli si�, a teraz mia�o dopa�� ludzko��.
    Czego bali si� Heechowie?
    W moim obecnym poszerzonym stanie mog� tylko si� u�miecha� na my�l o dawnych strachach i z�ych przeczuciach. Wtedy pewnie jeszcze nie mog�em. Ale teraz tak. Skala jest wi�ksza, a wszystko znacznie bardziej fascynuj�ce. Dooko�a samego j�dra jest dziesi�� tysi�cy zapisanych zmar�ych Heech�w i mog� ich wszystkich odczyta�. Przeczyta�em ich - prawie wszystkich. Czasem dalej ich czytam, jak mam ochot�, je�li znajd� co�, czemu pragn� bli�ej si� przyjrze�. Ksi��ki na p�ce bibliotecznej?
    Oni s� czym� wi�cej. I samo "czytanie" tak dok�adnie te� jest czym� innym. To bardziej przypomina zapami�tywanie ich. Kiedy "otwieram" jednego z nich, otwieram go na ca�ego; czytam go, jak gdyby by� cz�ci� mnie. To wcale nie jest �atwe i musz� przyzna�, �e prawie nic czego si� nauczy�em odk�d mnie poszerzono nie przysz�o mi �atwo. Ale z pomoc� Alberta i prostych tekst�w, na kt�rych mog� �wiczy�, opanowa�em t� umiej�tno��. Pierwsze banki danych, do kt�rych si� dosta�em, by�y w�a�nie takie - wy��cznie dane; nie by�o to gorsze ni� zagl�danie do tablic logarytmicznych. Potem dobra�em si� do starych, zapisanych przez Heech�w Zmar�ych i niekt�rych pierwszych przypadk�w Essie, nad kt�rymi pracowa�a przy projekcie "�ycie Po �yciu" i rzeczywi�cie nie by�y one zrobione zbyt dobrze. Nie mia�em nigdy w�tpliwo�ci, kt�r� cz�ci� tego, o czym my�la�em, by�em ja.
    Kiedy jednak wyja�nili�my ju� nieporozumienie z Kapitanem i zacz��em zagl�da� do w�asnych zapis�w, zacz�y si� schody. By�a tam nie�yj�ca ju� mi�o�� Kapitana, samica Heech�w imieniem Dwakro�. "Zajrzenie" do niej przypomina�o obudzenie si� w ciemno�ciach, w�o�enie na siebie jakiego� zestawu ubra�, kt�rego nie mo�na zobaczy� - a kt�ry i tak nie pasuje. Nie chodzi�o tylko o to, �e by�a samic�, bo ju� to powodowa�o znaczna. niekompatybilno��. Nie chodzi�o nawet o to, �e ona by�a Heechem, a ja cz�owiekiem. Chodzi�o o to, co ona wiedzia�a, a czego ani ja, ani �aden inny cz�owiek nawet by si� nie domy�li�. Chyba �e Albert - mo�e to w�a�nie doprowadzi�o go do szale�stwa. Ale nawet hipotezy Alberta nie pokazywa�y rasy przemierzaj�cych kosmos Asasyn�w, kt�rzy schowali si� w kugelblitzu i czekali na narodziny nowego - dla nich lepszego - wszech�wiata.
    Gdy jednak szok ju� min��, zaprzyja�ni�em si� z Dwakro�. To naprawd� mi�a osoba, kiedy ju� przyzwyczai� si� do tej dziwno�ci, a my mieli�my wiele wsp�lnych zainteresowa�. Biblioteka Heech�w przechowuj�ca zapisane osobowo�ci zawiera nie tylko Heech�w - ale i ludzi. S� tam omsza�e, skar��ce si� g�osy, kt�re kiedy� nale�a�y do skrzydlatych istot z Antaresa albo do �limak�w z odleg�ego skupiska gwiazd. No i oczywi�cie s� tam mieszka�cy breji. Dwakro� i ja sp�dzili�my mn�stwo czasu badaj�c ich sagi. A czasu mam pod dostatkiem dzi�ki moim femtosekundowym synapsom.
    Mam teraz do�� czasu - prawie - �eby zapragn�� odwiedzi� j�dro galaktyki i pewnie kt�rego� dnia to zrobi�. Cho� nie na d�ugo. A tymczasem Audee i Janie Yee-xing udali si� tam jako piloci, pomagaj�c w przeprowadzeniu misji, kt�ra potrwa sze�� albo siedem miesi�cy - albo, wed�ug naszej miary czasu, kilka stuleci. Kiedy wr�c�, obecno�� Dolly nie powinna ju� stanowi� problemu, gdy� Dolly jest do�� zaj�ta swoj� karier� w piezowizji. Za� Essie ma to szcz�cie, �e nie jest zbyt szcz�liwa, bo brak jej mojej s�odkiej fizycznej obecno�ci, ale wydaje si�, �e nie�le si� przystosowa�a. Tym, co Essie lubi najbardziej (opr�cz mnie) jest jej praca, a ma jej mn�stwo - ulepszaj�c "�ycie Po �mieci"; pracuj�c nad wykorzystaniem tych samych proces�w, kt�re s�u�� do produkcji po�ywienia CHON, do wytwarzania jeszcze wa�niejszych substancji organicznych... jak na przyk�ad - na co ma nadziej� ju� od dawna - zapasowe organy dla ludzi, �eby ju� nikt nie musia� podkrada� organ�w innym... A skoro ju� o tym m�wimy, wi�kszo�� ludzi jest szcz�liwa. Teraz Heechowie u�yczyli nam swojej floty i mo�emy przewozi� milion ludzi miesi�cznie z ca�ym ich dobytkiem na dowoln� z pi��dziesi�ciu innych planet, kt�re tylko czekaj�, �eby si� na nich osiedli�. Znowu mamy pionier�w w krytych p��tnem wozach i wspania�e mo�liwo�ci kariery dla wszystkich... A zw�aszcza dla mnie. I by�a jeszcze Klara.
    Jasne, w ko�cu si� spotkali�my. Nalega�em na to, a na d�u�sz� met� nie mog�a si� ukrywa�. Essie polecia�a na orbit� za pomoc� p�tli startowej, �eby si� tam z ni� spotka� i osobi�cie j� przywie�� naszym w�asnym samolotem, do domu nad Morzem Tappajskim. To rozwi�za�o pewien problem zwi�zany z etykiet�, tego jestem pewien. W przeciwnym razie jednak Klar� opadliby ludzie z medi�w, pr�buj�cy si� dowiedzie�, jak to jest by� "Je�cem Heech�w" albo "porwan� przez Wana - wilcze dziecko", czy jakimi tam innymi okre�leniami by si� przerzucali... i tak naprawd� chyba ona i Essie �wietnie si� dogada�y. W tej sytuacji nie musia�y ju� o mnie walczy�. Nie istnia�em w takiej formie, o kt�r� mo�na by walczy�.
    �wiczy�em wi�c moje naj�adniejsze holograficzne u�miechy, zaprojektowa�em najlepsze holograficzne t�o i czeka�em, a� si� pojawi. Wesz�a sama do wielkiego atrium, w kt�rym na ni� czeka�em - Essie by�a taktown� osob�, wi�c pokaza�a jej drog� i znik�a. A kiedy Klara przesz�a przez drzwi, z tego, jak si� zatrzyma�a i jak zapar�o jej dech wywnioskowa�em, �e spodziewa�a si�, i� b�d� wygl�da� bardziej martwo.
    - Cze�� Klaro - powiedzia�em. To nie by�a szczeg�lnie d�uga przemowa, ale c� mo�na by�o powiedzie� w tych okoliczno�ciach? Za� ona rzek�a:
    - Cze��, Robinie. - Nie wygl�da�o na to, �e jest w stanie cokolwiek do tego doda�. Sta�a patrz�c na mnie, a� wpad�em na to, �eby powiedzie� jej, by usiad�a. A ja, oczywi�cie, ca�y czas jej si� przygl�da�em, na wszystkie wielofazowe sposoby, jakie mamy do dyspozycji my, elektronicznie zapisane osobowo�ci; bez wzgl�du jednak na spos�b, wygl�da�a diabelnie dobrze. Zgadza si�, by�a zm�czona. Du�o przesz�a. No i moja kochana Klara nigdy nie by�a klasyczn� pi�kno�ci�, nie z tym ciemnymi, grubymi brwiami i silnym, muskularnym cia�em - ale wygl�da�a dobrze. Chyba ta sesja mojego gapienia si� troch� j� zdenerwowa�a, bo odchrz�kn�a i powiedzia�a:
    - S�ysza�am, �e zamierzasz obdarowa� mnie bogactwem.
    - Nie ja, Klaro. Tylko chc� ci odda� twoj� cz�� tego, co razem zarobili�my.
    - Troch� si� od tego czasu rozmno�y�o - u�miechn�a si�. - Twoja... eee... twoja �ona m�wi, �e mog� dosta� jakie� pi��dziesi�t milion�w dolar�w w got�wce.
    - Mo�esz dosta� znacznie wi�cej.
    - Nie, nie. Tak czy inaczej jest tego wi�cej - chyba dostan� te� akcje mn�stwa firm. Dzi�ki, Robinie.
    - Prosz� bardzo.
    I wtedy zn�w zapad�o milczenie, a potem - uwierzyliby�cie? - nast�pne s�owa, jakie wydoby�y si� z moich ust, brzmia�y:
    - Klara, musz� wiedzie�! Czy ty mnie przez ten ca�y czas nienawidzi�a�?
    To by�o pytanie, o kt�rym my�la�em przez trzydzie�ci lat.
    Mimo to, uderzy�o mnie, jakie to pytanie by�o nieodpowiednie. Nie mog� powiedzie�, jak je odebra�a, gdy� przez chwil� siedzia�a z otwartymi ustami, a� prze�kn�a �lin� i potrz�sn�a g�ow�.
    I nagle zacz�a si� �mia�. �mia�a si� g�o�no i z ca�ego serca, a kiedy sko�czy�a si� �mia�, potar�a kostkami palc�w k�cik oka i nadal chichocz�c powiedzia�a:
    - Robin, dzi�ki Bogu! Wreszcie co�, co si� nie zmieni�o. Umar�e�. Zosta�a po tobie pogr��ona w �a�obie wdowa. �wiat stoi u progu najwi�kszych zmian, jakie widzia�. Jakie� straszne istoty pr�buj� wszystko schrzani�, a ty... a ty... nie �yjesz. I martwisz si� swoim cholernym poczuciem winy!
    Ja te� si� roze�mia�em.
    Po raz pierwszy, m�j Bo�e, po raz pierwszy w tej po�owie mojego �ycia malutka drzazga poczucia winy znik�a. Trudno by�o opisa� to uczucie; min�o ju� tak wiele czasu od chwili, gdy pozna�em, co to wolno��. Powiedzia�em, nadal si� �miej�c:
    - Wiem, �e to brzmi g�upio, Klaro. Ale dla mnie min�o tak du�o czasu i wiedzi�c, �e tkwisz w czarnej dziurze, gdzie czas p�ynie wolniej - nie wiedzia�em, co sobie my�lisz. My�la�em, �e mo�e - sam nie wiem - obwiniasz mnie za to, �e ci� porzuci�em...
    - Robin, jak mog�abym tak my�le�? Nie wiedzia�am, co si� z tob� sta�o. Chcesz wiedzie�, co naprawd� czu�am? By�am przera�ona i ot�pia�a, bo wiedzia�am, �e znik�e� i my�la�am, �e nie �yjesz.
    - No i - u�miechn��em si� - w ko�cu wr�ci�a� i faktycznie tak jest! - Widzia�em, �e jest bardziej wra�liwa na dowcipy na ten temat ni� ja. - Wszystko gra - powiedzia�em. - Miewam si� �wietnie, a ca�y �wiat chyba te�!
    Rzeczywi�cie tak by�o. �a�owa�em tylko, �e nie mog� jej dotkn��, ale to by�o uczucie, kt�re wydawa�o si� nale�e� do zapomnianego dzieci�stwa; naprawd� liczy�o si� to, �e ona tu jest bezpieczna, a ca�y wszech�wiat stoi przed nami otworem. Kiedy jej to powiedzia�em, szcz�ka jej zn�w opad�a.
    - Jakim ty jeste� pieprzonym optymist�! - wybuch�a. By�em szczerze zaskoczony.
    - A nie powinienem by�?
    - Asasyni! W ko�cu wyjd� z kryj�wki i wiesz, co zrobi�? Je�li Heechowie si� ich boj�, to ja na sam� my�l o nich robi� pod siebie ze strachu.
    - Och, Klaro - odpar�em, w ko�cu zrozumiawszy o co jej chodzi. - Rozumiem, co chcesz przez to powiedzie�.
    Masz na my�li, �e teraz jest tak, jak dawniej, kiedy wiedzieli�my, �e gdzie� tam s� Heechowie i �e mog� wr�ci�. Wiedzieli�my, �e potrafili robi� takie rzeczy o jakich nam si� nie �ni�o...
    - W�a�nie! Nie jeste�my w stanie dor�wna� Asasynom!
    - Tak - odpar�em, u�miechaj�c si� - nie jeste�my. Ale wtedy nie potrafili�my te� dor�wna� Heechom. Ale do czasu kiedy si� pojawili - ju� potrafili�my. Je�li b�dziemy mieli troch� szcz�cia, minie jeszcze sporo czasu zanim staniemy twarz� w twarz z Asasynami.
    - I co z tego? I tak b�d� naszym wrogiem! Potrz�sn��em g�ow�.
    - Nie wrogiem, Klaro - rzek�em. - Kolejnym etapem, now� mo�liwo�ci�.
    
    KONIEC



Strona g��wna     Indeks